Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walentynki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 marca 2018

sernik z mango



Znowu kilka dni mnie tu nie było. Ale czy uwierzycie, że rozpoczęłam remont łazienki, po czym miałam niewielki zabieg chirurgiczny, a potem jeszcze dopadł mnie jakiś podły wirus i zwalił mnie z nóg na kilka dni. Już jest lepiej, dzisiaj ściągają mi szwy, a łazienka wygląda już całkiem przyjemnie. Pozostało jeszcze kilka drobiazgów, ale wygląda na to, że mogę wrócić do normalnego trybu, zarówno do pracy, jak i do bloga.

Przepis na ten sernik znalazłam kilka lat temu, przeglądając książkę "Lubię. Atlas z przepisami" autorstwa Moniki Mądrej - Pawlak i jej męża Jana, właścicieli kultowych, poznańskich lokali - La Ruiny i Raju. Sernik mango w oryginale na wierzchu miał warstwę kwaśnej śmietany z mango, ale ja nie miałam już śmietany, więc postanowiłam wykorzystać tylko resztę pulpy, której nie chciałam wyrzucać (pamiętacie? zero waste!). Dodałam do niej trochę żelatyny i na wierzchu sernika pojawiła się delikatna galaretka :)

Uwaga! Sernik musi "odpocząć" w lodówce przed podaniem kilka godzin, a najlepiej całą noc, więc jeśli chcecie podać go do niedzielnej kawy, przygotujcie go już w sobotę!

Zaczynamy?


Składniki:

spód:
  • 130 g mąki pszennej
  • 75 g masła
  • 56 g cukru
  • 20 g kakao
  • szczypta soli

masa serowa (uwaga! wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej!):
  • 1 kg twarogu dobrej jakości, zmielonego kilkukrotnie lub twarogu z pudełka (ja kupuję "Mój ulubiony" z Wielunia, po prostu dla mnie jest najlepszy!)
  • 4 duże jajka z chowu ekologicznego
  • 35 g mąki ziemniaczanej
  • szczypta soli
  • 200 g kwaśnej śmietany
  • 270 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 550 g pulpy z mango (ja kupiłam dwie puszki po 400 g, więc resztę wykorzystałam do galaretki)

galaretka z mango:
  • 350 g pulpy z mango
  • 4 listki żelatyny (około 3 - 4 łyżeczki żelatyny w proszku)

Przygotowanie:
 

Zaczynamy od przygotowania spodu. 

1. Masło roztapiamy i dodajemy do wymieszanych suchych składników. Mieszamy widelcem do powstania kruszonki i wysypujemy na dno tortownicy o średnicy 26 cm. Ugniatamy i wstawiamy do lodówki do czasu rozgrzania piekarnika do 200 st. C. Pieczemy 10 minut i pozostawiamy do przestygnięcia.

2. Zmniejszamy temperaturę piekarnika do 160 st. C.

Teraz masa serowa!

1. Twaróg przekładamy do miski i miksujemy powoli dodając po jednym jajku. Miksując na wolnych obrotach dodajemy mąkę ziemniaczaną i szczyptę soli, a następnie śmietanę i mleko skondensowane. Na końcu do masy dodajemy pulpę z mango i jeszcze chwilę miksujemy.

2. Gotową masę serową wylewamy na podpieczony spód (uwaga, będzie bardzo rzadka!) i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy około 55 minut (ja piekłam 65). Po upieczeniu piekarnik wyłączamy i pozostawiamy tak sernik na 10 minut. Następnie uchylamy drzwiczki i pozostawiamy sernik do całkowitego wystygnięcia. Dzięki temu sernik prawie nie opada. 

3. Wystudzony sernik wstawiamy do lodówki.


Możemy przygotować galaretkę.

1. Pozostałą pulpę mieszamy z rozpuszczoną w wodzie żelatyną (łyżeczka żelatyny na łyżkę zimnej wody). Jeśli tak jak ja, używacie żelatyny w listkach, najpierw namoczcie je w zimnej wodzie (kilku łyżkach) i gdy całkiem zmięknie podgrzejcie ją, np w mikrofalówce. Nie może się zagotować! 

2. Galaretkę wylewamy na sernik i odstawiamy na całą noc.


Gotowy sernik wyciągamy z lodówki na kilka minut przed podaniem. Jest tak pyszny, że znika w ciągu kilku chwil!

Smacznego!

piątek, 16 lutego 2018

krem cytrynowy z owocami i białą czekoladą

 


Nie wiedziałam o istnieniu orgazmicznego smaku, dopóki nie spróbowałam tego deseru w jednej z moich ulubionych wrocławskich restauracji. Po pierwszej łyżeczce zwala z nóg. Nie chce się niczego więcej. Odkąd go odkryłam, nie zamawiam już nic innego. Ba! Zamawiam go zawsze i proszę obsługę, by przynieśli mi go przed daniem głównym! Nigdy wcześniej ani później nic takiego nie zrobiłam. Tylko dla tego deseru jestem w stanie zrezygnować z klasycznej przystawki. Tylko dla tego deseru jestem w stanie złamać dietę! Nie zapytałam o przepis, bo nie wypada, ale postanowiłam odtworzyć go według mojego - chyba nie najgorszego - smaku. 


Klasycznie deser ten podawany jest z borówkami amerykańskimi, pokruszonymi migdałami i białą czekoladą. Ponieważ nie zawsze mam borówki czy migdały, kombinuję z innymi dodatkami. Ważne, by owoce nie były za słodkie i pięknie kontrastowały z kwaśnym kremem i słodką czekoladą. Popełniłam go już z wydrążonymi z pestek winogronami, z pestkami granatu i pistacjami, a teraz stanęło na dojrzałym mango i kwaskowatej marakui.

W przepisie kwaśną śmietanę można zamienić kremówką (ubić ją na sztywno). Na początku faktycznie tak robiłam, ale raz kupiłam złą śmietanę i nie miałam wyjścia, musiałam do kremu dodać kwaśną. Posmakowało mi bardziej. Krem jest lżejszy, bardziej kwaśny. Ale oczywiście zróbcie tak, jak uważacie :)


Na 4 większe porcje (lub 6 mniejszych) potrzebujemy:
  • 2 cytryny, porządnie wyszorowane i osuszone
  • 3 łyżki cukru
  • 1 - 2 łyżki cukru pudru (do smaku)
  • opakowanie serka mascarpone (około 250 g)
  • kubek kwaśnej śmietany (około 200 ml)
  • garść ulubionych owoców
  • około 50 g posiekanych orzechów lub migdałów
  • około 1/3 tabliczki białej czekolady, posiekanej

Przygotowanie:

1. Jedną z dwóch cytryn obieramy ze skórki ostrym nożykiem, ale tak by nie odkrajać białej (gorzkiej części). Skórkę tę wrzucamy do małego rondelka, dolewamy sok wyciśnięty z dwóch cytryn, dodajemy 3 łyżki cukru, wlewamy około 1/3 szklanki wody i zagotowujemy. Gotujemy na jak najmniejszym ogniu do czasu, aż syrop zgęstnieje i zmniejszy objętość o połowę. Wyciągamy skórki (już nam się nie przydadzą) i zostawiamy syrop do ostygnięcia.

2. W dużej misce ubijamy mikserem kwaśną śmietanę przez około 5 minut. Nie zwiększy objętości tak jak kremówka, ale napowietrzymy ją i będzie bardziej puszysta.

3. Do dużej miski wkładamy mascarpone, wlewamy ostudzony syrop i miksujemy. Dodajemy cukier puder do smaku (w kremie powinniśmy wyczuwać smak kwaśny) i kwaśną śmietanę.

4. Gotowy krem przekładamy do szklaneczek, pucharków lub innych naczyń, dekorujemy owocami, czekoladą i orzechami lub migdałami. Odstawiamy do lodówki na minimum godzinę.

Ważne! Krem powinien zostać w lodówce do czasu podania, ponieważ dość szybko traci swoją kremową i gęstą konsystencję w temperaturze pokojowej.

Smacznego!
 

środa, 14 lutego 2018

espresowy deser: wiśnie + jogurt + bezy



Szukacie pomysłu na ekspresowy deser walentynkowy? Nie macie ochoty na długie godziny spędzone w kuchni, a chcecie sprawić komuś ogromną radość? Nie macie piekarnika, a chcecie poczęstować ukochaną osobę czymś pysznym? Jeśli na którekolwiek z tych pytań, odpowiedzieliście twierdząco, ten ser jest dla was!

Uwaga! Ze względu na to, że bezy szybko nasiąkają, najlepiej złożyć deser tuż przed podaniem. Ale możemy poszczególne części (wiśnie i jogurt) przygotować wcześniej i tylko przełożyć do pucharków czy szklanek w ostatniej chwili.


Potrzebujemy (na 2 porcje):
  • około pół opakowania mrożonych wiśni/malin/truskawek lub innych owoców (ja lubię wiśnie, bo są kwaśne i świetnie łączą się ze słodkimi bezami)
  • 1 kubek greckiego jogurtu
  • cukier waniliowy (najlepiej przygotowany samodzielnie, przepis tutaj, a jeśli nie macie, kupcie ten z prawdziwą wanilią)
  • bezy (po 2 - 3 na osobę)
  • 1 płaska łyżeczka mąki ziemniaczanej

 Przygotowanie:

1. Mrożone owoce przekładamy do rondelka. Dolewamy około 1/4 szklanki wody i czekamy, aż owoce się zagotują. Gdy zaczną wrzeć, do kubka wsypujemy mąkę ziemniaczaną i dolewamy 1/4 szklanki zimnej wody. Mieszamy i wlewamy do owoców. Szybko mieszamy i - gdy znów zaczną wrzeć - odstawiamy z ognia. Zostawiamy do przestygnięcia.

2. Jogurt mieszamy z cukrem waniliowym, do smaku. Ja nie lubię, gdy jest zbyt słodki, ale to wam powinien smakować.

3. Na dno szklanek, kieliszków lub pucharków wkładamy część wiśni. Na to jogurt i pokruszona w dłoni beza. Czynność powtarzamy.

Smacznego! Happy Valentinesday!

brownie idealne



Dziś Walentynki. Światowe święto zakochanych. Dla jednych okazja do okazania wielkiej miłości, dla innych światowy dzień kiczowatych czerwonych serduszek i - jak powiedziała moja ulubiona kwiaciarka - najdroższych róż w całym roku.

Niezależnie od tego, czy je obchodzimy czy nie, warto zjeść coś czekoladowego. Po pierwsze to najlepszy afrodyzjak, jaki zna świat, a po drugie nie ma nic lepszego.

Przepis na to brownie znalazłam już kilka lat temu, jeszcze zanim rozpoczęłam moją przygodę z blogowaniem, w jednym z numerów "Wysokich Obcasów", gdzie Pani Agnieszka Kręglicka prowadziła cyklicznie swoją kulinarną kolumnę. Minęło już mnóstwo czasu, bloga prowadzę już ponad cztery lata, a do dziś nie znalazłam lepszego przepisu. Idealne brownie powinno mieć mnóstwo gorzkiej czekolady najlepszej jakości i minimalną ilość mąki. Po upieczeniu powinno pozostać lekko płynne. W oryginalnym przepisie Pani Agnieszka dodaje do ciasta 50 gramów orzechów włoskich, ale ja lubię ciasta czekoladowe bez dodatków, dlatego ten składnik pominęłam. Jeśli macie ochotę, proszę bardzo :)


Potrzebujemy:

  • 2 tabliczki gorzkiej czekolady najlepszej jakości o zawartości kakao min. 70 % (200 g)
  • kostka masła (200 g)
  • 300 g cukru
  • 100 g mąki
  • 6 jaj z chowu ekologicznego (innych nie kupuję)

Przygotowanie:

1. Czekoladę z masłem roztapiamy w kąpieli wodnej i pozostawiamy do ostygnięcia. Ja to robię w mikrofalówce. W misce rozpuszczam masło. Do gorącego wrzucam połamaną czekoladę i czekam aż się roztopi. Mieszamy i gotowe.

2. Piekarnik rozgrzewamy do 200 st. C bez termoobiegu.

3. Jajka ubijamy z cukrem na gęstą, puszystą i prawie białą masę. Ciągle ubijając dodajemy stopniowo mąkę, a następnie przestudzoną czekoladę z masłem.

4. Ciasto wylewamy na dużą, prostokątną blaszkę, wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy 18 - 20 minut (warto nastawić minutnik). Jeśli wolicie ciasta bardziej zwarte, pieczcie 20 minut.

Gotowe ciasto pozostawiamy do ostygnięcia i zajadamy!

Smacznego!


środa, 22 listopada 2017

krewetki z patelni z czosnkiem i chilli



Dokładnie pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam krewetkę na talerzu. Niewiele zabrakło bym zemdlała. Mnie - dziewczynce z małego miasteczka - wychowanej na schabowym i chlebie z cukrem, postawiono przed nosem talerz parujących robali. To był  początek lat 90 - tych, Hiszpania, a ja płakałam jak bóbr, że chcę frytek albo pizzy.

Minęło ponad 20 lat i wiele się zmieniło. Chleba z cukrem już bym chyba nie zjadła, za to za krewetkami przepadam. To obok ośmiornicy i muli moje ukochane owoce morza. Ośmiornica grillowana z odrobiną soku z cytryny, mule w białym winie i właśnie krewetki z patelni z czosnkiem i chilli to moje TOP 3, jeśli chodzi o dania przygotowywane z owoców morza. I może zgrzeszę, ale szczerze powiem, że z chęcią zamieniłabym schabowego właśnie na tę trójkę.


Jednak dziś o tych trzecich. Powiem wam, jakie krewetki kupuję. Tam, gdzie krewetki często występują, traktowane są jako proste pożywienie i są raczej tanie. Jednak im dalej od miejsca połowów, tym stają się bardziej wyrafinowanym składnikiem potraw. To proste, im dalej od miejsca połowu, tym krewetki są droższe. Kolejną podstawą wyznaczającą ich cenę, jest rozmiar krewetek. Rozmiar, a co za tym idzie cenę określa się liczbą krewetek mieszczących się w jednym funcie (ok. 450 g). Stąd też oznaczenia np. 16/21 czy 31/40 (minimalna i maksymalna ilość krewetek na funt). 

Jeśli macie okazję kupić krewetki świeże, to super. Pamiętajcie jednak o jednej podstawowej zasadzie. Świeże docierają do Polski zawsze w czwartki! Jeśli więc chcecie kupić krewetki w środę, dobrze się zastanówcie!

Musicie wiedzieć, że zależnie od gatunku surowe krewetki mogą być kremowe, żółte, niebieskie lub jasnobrązowe. Swój różowy kolor przybierają jednak wszystkie podczas obróbki w wysokiej temperaturze. Mrożone krewetki mogą być już obgotowane, jak i zupełnie surowe. Ja staram się kupować te drugie i zawsze w pancerzach. Oczywiście, im większe tym lepsze. 

Zawsze wychodzę z założenia, że wolę pewne droższe produkty jeść rzadziej, ale jak najlepszej jakości. Im lepsze krewetki kupicie,tym będą smaczniejsze i tym mocniej je pokochacie.

A teraz do rzeczy...


Czego potrzebujemy? Porcja dla 4 mniej głodnych lub 2 bardzo głodnych osób:

  • 1/2 kg dobrej jakości krewetek (jeśli kupujecie mrożone, rozmroźcie je wcześniej - koniecznie w lodówce, do której wkładamy je noc wcześniej. Pamiętajcie, by nie rozmrażać żadnych owoców morza, także ryb w cieple. To może zagrażać waszemu zdrowiu)
  • około 8 ząbków czosnku, posiekanych w drobne plasterki (dużo? uwierzcie mi, nie będziecie mocno zionąć ogniem)
  • 1 świeża papryczka chilli, posiekana drobno (jeśli nie lubicie dań pikantnych, usuńcie pestki - one są najostrzejsze; jeśli lubicie bardzo pikantne - dodajcie więcej)
  • 1/2 pęczka posiekanej natki pietruszki
  • około 5 - 6 łyżek oliwy z oliwek najlepszej jakości
  • sól i świeżo mielony czarny pieprz
+ do podania - świeża lub zgrillowana bagietka (kawałek bagietki zamoczonej w oliwie, w której smażone były krewetki to prawdziwa poezja!)



Jak je przygotowujemy?

Pamiętajcie, że krewetki przygotowujemy tuż przed podaniem. Odgrzewane już nie smakują!

1. Rozmrożone krewetki lekko osuszamy i skrapiamy kilkoma kroplami oliwy. Dodajemy połowę przygotowanego wcześniej czosnku i ostrej papryczki i mieszamy. Zostawiamy pod przykryciem, do zamarynowania na około 30 minut. Ja swoich krewetek nie obieram z pancerzy, tylko lekko nacinam i ładnie się marynują. Jak chcecie obrać, okej. Mnie odpowiada jedzenie krewetek rękoma i lekkie pobrudzenie się.

2. Po kilkudziesięciu minutach zabieramy się zasmażenie. Na patelnię wlewamy kilka łyżek oliwy. Ważne, by całkiem pokryła dno, może nawet być jej nieco więcej. Gdy będzie bardzo gorąca wrzucamy krewetki. Najlepiej smażyć w dwóch partiach, na dużym ogniu. Krewetki mają się smażyć, nie dusić! Po chwili dodajemy pozostały czosnek i papryczkę. Smażymy po około minutę z jednej strony (w sumie maks. 4 minuty!). Na koniec dodajemy natkę i doprawiamy wszystko solą i pieprzem.

Podajemy natychmiast! Ja zazwyczaj stawiam na środku stołu dużą patelnię z krewetkami, obok kawałki bagietki! Jedzenie ze wspólnej "miski" zbliża :)

Do tego dużo dobrej jakości schłodzonego lekko białego wina i jest idealnie! Cholera, chyba jestem głodna :)

Smacznego!

poniedziałek, 5 września 2016

kokosowa wegańska panna cotta



Panna cotta to w dosłownym tłumaczeniu z języka włoskiego gotowana śmietanka. Tutaj jednak postanowiłam odejść od przepisu klasycznego, jednego z moich ulubionych, obok tiramisu - deseru pochodzącego ze słonecznej Italii. Śmietankę z mleka krowiego zamieniłam na mleko migdałowe i śmietankę kokosową, a żelatynę na agar, który bez problemu kupicie w internecie lub w sklepach ze zdrową żywnością. Moja panna cotta wyszła lekka, delikatnie kokosowa i niebiańsko pyszna, a na dodatek "bez kopyt", jak mówi często Marta Dymek w swoim programie w Kuchni +.


Składniki:
  • 250 ml mleka migdałowego lub innego mleka roślinnego
  • 250 ml śmietanki kokosowej (kupicie ją w dobrych delikatesach lub w sklepach ze zdrową żywnością)
  • kilka łyżek cukru pudru (znajdźcie swój smak)
  • 1 czubata łyżka agaru
+ ulubione owoce lub sos ze zblendowanych owoców


Przygotowanie:

1. Mleko i śmietankę przelewamy do rondelka i podgrzewamy. Dodajemy cukier, stopniowo, tak, by deser był delikatnie słodki.
2. Podgrzewamy wszystko na niewielkim ogniu, mieszając trzepaczką. Gdy płyn zacznie się gotować dodajemy agar i ciągle podgrzewamy aż płyn zacznie wrzeć. Wszystko musi się zagotować! 
3. Wszystko gotujemy tak długo, ciągle mieszając, aż masa zacznie gęstnieć. Poczujecie to na pewno!
4. Gęstą masę przelewamy do naczyń i wstawiamy do lodówki na kilka godzin, aż panna cotta stężeje.

Podajemy schłodzoną,

smacznego

szyszkin-ciągle-pichci

środa, 24 lutego 2016

bazyliowa Panna Cotta



Tak, bazylia definitywnie kojarzy mi się z dojrzałymi pomidorami i słonecznym latem. To duet klasyczny i na pewno ogólnie znany. Ale czy wiecie, że bazylia równie smacznie łączy się z truskawki albo arbuzem (o tej porze, oczywiście, niedostępnym)? Możecie uznać to za połączenie kontrowersyjne, ale uwierzcie mi - warto czasem wyjść poza schemat. 

Bazyliowa Panna Cotta to deser tyle niesztampowy, co - jakby powiedziała moja koleżanka - naprawdę orgazmiczny! Słodki i aromatyczny, pachnący i delikatny, po prostu cudowny! Idealny!


Potrzebujemy:
  • 450 ml śmietany kremówki (36 %)
  • 2,5 łyżeczki żelatyny (ja wykorzystałam żelatynę w listkach, ale taka klasyczna w proszku będzie równie dobra)
  • około 1/4 szklanki cukru pudru (dodawajcie cukier stopniowo, aż osiągniecie pożądany słodki smak)
  • duża garść listków świeżej bazylii
  • truskawki

Przygotowanie:

1. Do rondelka wlewamy śmietanę, podgrzewamy, a gdy się zagotuje ściągamy z ognia i doprawiamy cukrem. Mieszamy aż całkiem się rozpuści. Do śmietany dodajemy 3/4 przygotowanej bazylii (lekko posiekanej). Odstawiamy na minimum 3 - 4 godziny, by śmietana jak najbardziej "przeszła"jej aromatem.
2. Po tym czasie rozpuszczamy żelatynę w dwóch łyżkach zimnej wody. Czekamy chwilę, by żelatyna napęczniała.
3. Śmietanę jeszcze raz podgrzewamy (nie zagotowujemy!), dodajemy żelatynę i czekamy aż całkiem się rozpuści. Przelewamy przez sitko i dokładnie odciskamy bazylię, by wydobyć z niej jeszcze odrobinę aromatu i koloru.
4. Klarowną śmietanę miksujemy szybko blenderem z pozostałą bazylią i przelewamy do 4 niewielkich naczyń. Ja wykorzystałam naczynia do sufletów. Odstawiamy do lodówki, by masa zastygła (około 2 godzin).

Podajemy z truskawkami.

Miłego dnia!

PS. Jeśli będziecie mieć problem z wyciągnięciem gotowej Panna Cotty, włóżcie kokilkę na kilka sekund do gorącej wody!

wtorek, 6 października 2015

halloumi + truskawki + szynka serano



Cypryjski ser halloumi, wytwarzany z mleka owczego lub mieszanego - owczego, krowiego i koziego charakteryzuje się tym, że na surowo (na zimno) jest dość twardy, ale pod wpływem temperatury przyjemnie mięknie i staje się elastyczny. Ponieważ jest dość słony, ja uważam nawet - że bardzo słony, lubi dodatki słodkie i kwaśne. Tak właśnie postanowiłam połączyć go tym razem - ze słodkimi truskawkami, zamacerowanymi w kwaśnym occie balsamicznym. Ponieważ często halloumi ma posmak mięty (często dodaje się ją do mleka w procesie wytwarzania), z miętą bardzo się lubią i świetnie uzupełniają.

Grillowane halloumi można wykorzystać na wiele sposobów i podać z wieloma dodatkami. Należy jednak pamiętać, że trzeba go podgrzewać tuż przed podaniem, bo właściwie chwilę później, gdy zacznie stygnąć, znowu stanie się gumowaty. Chociaż niektórzy lubią go w takiej postaci, na surowo. Jeśli chodzi o dodatki, to świetnie komponuje się z grillowaną brzoskwinią, słodkimi malinami, a kiedyś w Grecji jadłam go w towarzystwie kiszonych cytryn. Było to obłędne doznanie kulinarne, którego do tej pory nie miałam odwagi przygotować w domu. Może dlatego, że jak kiedyś chciałam ukisić cytryny samodzielnie, to wszystkie zgniły, a kupnych nie lubię. Ale jeśli macie odwagę i chęci, spróbujcie!


Czego potrzebujemy?
  • halloumi
  • truskawki
  • kilka łyżek octu balsamicznego
  • około łyżeczki miodu
  • liście świeżej mięty
  • plastry szynki serano

Przygotowanie:

1. Truskawki kroimy na ćwiartki lub połówki, zalewamy kilkoma łyżkami octu balsamicznego i około 1 łyżeczką miodu. Dodajemy świeżą miętę i pozostawiamy na chwilę, by truskawki zdążyły nabrać smaku.
2. Plastry halloumi (o grubości niecałego centymetra) grillujemy na suchej patelni z dwóch stron, aż zmiękną i nabiorą ładnego koloru.
3. Gorące halloumi podajemy z truskawkami, jeszcze kilkoma listkami świeżej mięty i plastrem szynki serano.

Podajemy natychmiast!

poniedziałek, 4 maja 2015

mus czekoladowy z owocami



Czekolada. Ideał wśród słodkości. Poprawia nastrój w 100 %. Tym razem w wersji prostego, pysznego musu z owocami - borówkami i kwaśną marakują, która lekko zbalansuje słodycz białej czekolady. Mus możecie przygotować także z samej gorzkiej czekolady, ale wtedy dodajcie do miksowanej śmietany 1 łyżkę cukru pudru, albo w całości z czekolady mlecznej. Jeśli lubicie desery ekstremalnie słodkie, przygotujcie mus z czekolady białej!


Składniki:
  • 50 g gorzkiej czekolady dobrej jakości
  • 50 g białej czekolady
  • 250 ml śmietanki kremówki (porządnie schłodzonej)
+ ulubione owoce


Przygotowanie:

1. Obie czekolady rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Pozostawiamy do lekkiego przestygnięcia.
2. Dobrze schłodzoną śmietankę kremówkę ubijamy na sztywno. Przestudzoną czekoladę wlewamy do śmietany wolnym strumieniem, ciągle ubijając.
3. Owoce przekładamy do szklanek/kieliszków (owoce na wierzch dodamy tuż przed podaniem), dodajemy mus czekoladowy i odstawiamy do lodówki na około godzinę.

Przed podaniem dekorujemy owocami.

Smacznego!

czwartek, 5 lutego 2015

babeczki różane



Kiedy jestem zła, a nawet wściekła, kiedy coś mnie martwi - piekę. Kiedy czuję się nieszczęśliwa - piekę. Kiedy chcę ulżyć złym emocjom - piekę. Zaraz pomyślicie, że skoro na blogu pojawia się tyle przepisów na słodkie wypieki, to znak, że bez przerwy jestem przygnębiona i wiecznie nieszczęśliwa. Tak nie jest, na szczęście. Ale kiedy piekę, nie myślę o niczym innym. Skupiam się wyłącznie na tym, co chcę upiec, co ulepszyć. A fakt jest taki, że kiedy piekę w złości lub w smutku osiągam w tej dziedzinie lepsze rezultaty :)

Ponieważ zazwyczaj nie zjadam tego, co upiekę, zapraszam przyjaciół albo zabieram wszystko do pracy. Moi współpracownicy są zachwyceni, bo mają słodkości do kawy, a wizyta moich przyjaciół dodatkowo poprawia mi nastrój.

Ostatnio był ten dzień, kiedy musiałam ulżyć swoim złym emocjom. Dlatego w kuchni wiele się działo.

Zaczęłam od babeczek różanych z kremem różanym, na które przepis zaczerpnęłam ze strony mojewypieki.com. Trochę zmieniłam krem, bo akurat w lodówce znalazłam mascarpone.

PS. Jako że wkrótce Walentynki, myślę że te różowe babeczki będą sympatycznym uzupełnieniem romantycznego wieczoru :)


Składniki (na około 15 babeczek):

Uwaga! Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej!
  • 150 g masła 
  • 3 duże jajka
  • 120 g cukru
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 łyżki mleka
  • 1 łyżka wody różanej (wodę różaną kupicie w sklepach z produktami z całego świata albo w lepszych delikatesach)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

na krem różany (wszystkie mieszamy razem i gotowe):
  • 250 g serka mascarpone
  • cukier puder (kilka łyżek, do smaku)
  • 1 łyżka wody różanej
  • odrobina różowego barwnika spożywczego

Przygotowanie:

1. Piekarnik rozgrzewamy do 190 st. C bez termoobiegu.
2. Masło ucieramy z cukrem na puszystą i jasną masę. Powoli, jedno po drugim wbijamy do masy jajka, ciągle ucierając.
3. Do masy przesiewamy mąkę i proszek do pieczenia. Dodajemy mleko, wodę różaną i ekstrakt waniliowy i mieszamy, tym razem już delikatnie, najlepiej drewnianą łyżką lub silikonową szpatułką.
4. Masę przekładamy do formy na muffiny, wyłożonej papierowymi papilotkami do 1/2 ich wysokości.
5. Pieczemy około 20 minut do tzw. suchego patyczka.
6. Upieczone babeczki pozostawiamy na kratce do całkowitego wystygnięcia.

Gdy babeczki wystygną, przygotowujemy krem i dopiero wtedy możemy je dekorować.

Smacznego!

piątek, 21 listopada 2014

spaghetti z krewetkami i cukinią



Dzisiejszy obiad sponsorowała literka K. K jak krewetki, które bardzo lubią się z cukinią. Już jakiś czas temu połączyłam makaron z tym smacznym duetem. Jednak ten przepis jest inny, lżejszy, bardziej kojarzący się z kuchnią śródziemnomorską. 4 składniki tworzą niezwykle pyszne danie. Pamiętajcie jednak, żeby wykorzystać produkty najlepszej jakości. Ja krewetki kupiłam świeże, niegotowane, całe, w pancerzach. Czasem lepiej zjeść mniejszą ilość krewetek, ale za to najlepszych. Wam też polecam tę zasadę. Jedzenie ma być wielką przyjemnością, nie namiastką przyjemności. Zrobiło się ideologicznie, wróćmy do kuchni.


Potrzebujemy:
  • krewetki, najświeższe i najlepsze, jakie uda wam się kupić
  • cukinia, wydrążona z nasion i pokrojona w kostkę (jedna nieduża cukinia wystarczy dla dwóch - trzech osób)
  • nieduży ząbek czosnku, pokrojony w bardzo cienkie plasterki
  • 1/2 puszki pomidorów w całości (dla 2 osób)
  • natka pietruszki (drobno posiekana do sosu + kilka listków do podania)
  • 1 - 2 łyżki oliwy z oliwek najlepszej jakości
  • sól, świeżo mielony pieprz i szczypta suszonych nasion chilli
  • ulubiony makaron (w moim przypadku spaghetti, po około 60 gram suchego makaronu na osobę)

Przygotowanie:

1. Makaron gotujemy al dente w dużej ilości, porządnie osolonej (słonej jak Morze Śródziemne) wody.

2. W tym czasie przygotowujemy sos i krewetki. Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy, wrzucamy cukinię i podsmażamy na dość dużym ogniu aż ładnie się zarumieni i zmięknie. Gdy już jest lekko brązowa, dodajemy na patelnię czosnek i smażymy jeszcze chwilę. Gotową cukinię wykładamy na ręcznik papierowy, by lekko odciekła z tłuszczu. Myślę, że żaden mieszkaniec Italii by tego nie zrobił, ale mi zależy na ograniczeniu tłuszczu, a cukinia - jak wiemy - chłonie go jak głupia.

3. Na tę samą patelnię wylewamy jeszcze jedną łyżkę oliwy, porządnie ją rozgrzewamy i wrzucamy krewetki. Doprawiamy lekko solą i pieprzem (pamiętajmy, że sos ostatecznie doprawimy na końcu, gdy lekko odparuje). Smażymy z dwóch stron po około 1,5 minuty. Powinny być mocno al dente, takie są najsmaczniejsze.

4. Do krewetek dodajemy z powrotem cukinię, pomidory z puszki (lekko rozgniecione) razem z sokiem i na dużym ogniu szybko odparowujemy. Na koniec doprawiamy jeszcze posiekaną natką pietruszki, solą, pieprzem i odrobiną ostrej papryczki.

Podajemy natychmiast z odcedzonym makaronem i jeszcze kilkoma listkami pietruszki!

Buon appetito!
[Smacznego!]

sobota, 8 listopada 2014

mule po marynarsku / moules à la marinière / cozze alla marinara




Mule po marynarsku, moules à la marinière (po francusku), czy z włoskiego cozze alla marinara to chyba najbardziej klasyczny, najpopularniejszy i moim zdaniem jeden ze smaczniejszych sposobów na przygotowanie małży, zwanych także omułkami.

Duży chlust białego wytrawnego wina, cebula, czosnek i zielona pietruszka - te składniki wystarczą, by wraz z mulami stworzyć proste i pyszne danie.

Zanim zabierzecie się za przygotowywanie muli, kilka uwag:
  • przed duszeniem czy gotowaniem należy je wyjątkowo porządnie wyczyścić
  • gotują się wyjątkowo szybko. Przegotowane małże robią się twarde i gumowate, tak naprawdę wystarczy im 5 - 6 minut w dużym garnku lub rondlu, koniecznie na bardzo dużym ogniu
na koniec dwie najważniejsze zasady: 
  • świeże małże muszą być zamknięte! Otwarte wyrzucamy! Otwarte przed gotowaniem, znaczy tyle, że prawdopodobnie są martwe. Zjedzenie martwych małży kończy się naprawdę nieprzyjemnymi dolegliwościami gastrycznymi, więc nie polecam! Jeśli macie wątpliwości, bo małż jest leciutko rozchylony, wyrzućcie! Ja wyrzucam, nie warto ryzykować
  • po ugotowaniu małże się otwierają. Wszystkie zamknięte wyrzucamy! Powód ten sam, co wyżej.

Ok, znacie zasady, gotujemy!


Składniki:
  • świeże, umyte i oczyszczone omułki
  • 1/2 cebuli na każdy 1 kg omułków
  • 1 ząbek czosnku, drobno posiekany w plasterki na każdy 1 kg omułków
  • 150 ml białego wytrawnego wina na każdy 1 kg omułków 
  • pęczek natki pietruszki (na około 2 kg muszli)
  • 1 łyżka oliwy z oliwek najlepszej jakości
  • 1 łyżka masła
  • szczypta soli

Przygotowanie:

1. Wyszorowane mule dokładnie opłukujemy pod bieżącą zimną wodą. W trakcie czyszczenia nie moczymy ich w wodzie, ponieważ często się wtedy otwierają.
2. Cebulę siekamy w drobną kostkę i razem z czosnkiem wrzucamy do dużego, szerokiego garnka, w którym rozgrzaliśmy wcześniej oliwę razem z masłem. Smażymy aż się ładnie zeszklą, ale nie zarumienią.
3. Następnie wlewamy do garnka wino, zwiększamy płomień i doprowadzamy do wrzenia. Wrzucamy do garnka omułki (tylko zamknięte!) i gotujemy pod przykryciem przez 5 - 6 minut na dużym ogniu, aż się otworzą. W trakcie gotowania potrząsamy garnkiem, by mule gotowały się równomiernie.
4. Gotowe posypujemy obficie posiekaną natką pietruszki, usuwamy muszle zamknięte i natychmiast podajemy z bagietką lub chlebem (jak podają Włosi) lub z frytkami (!), jak - o zgrozo - zjecie u Francuzów!

Uwaga, pozostałą część białego wina proponuję wypić do obiadu!

Smacznego!

poniedziałek, 28 lipca 2014

brownie z borówkami i pekanami



Ciężkie, lepkie i bardzo czekoladowe brownie to klasyczny amerykański deser. Ponieważ jakiś czas temu przygotowywałam takie tradycyjne, z orzechami włoskimi, teraz postanowiłam zaszaleć i podkręcić klasyczny przepis. Wyszło pysznie!

Ponieważ przygotowanie brownie zajmuje dosłownie chwilę, polecam ten przepis wszystkim zapracowanym!


Składniki:
  • 300 g gorzkiej czekolady, najlepszej jakości
  • 300 g cukru brązowego
  • 175 g masła
  • 100 g orzechów pekan
  • 200 g borówek amerykańskich
  • 4 duże jajka
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżka gorzkiego kakao

Przygotowanie:

1. Piekarnik rozgrzewamy do 200 st. C bez termoobiegu.
2. Na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia wysypujemy orzechy i pieczemy 4 - 5 minut. Dzięki podprażeniu będą bardziej aromatyczne i mocniej wyczuwalne w naszym brownie. Uprażone orzechy pozostawiamy na chwilę do ostygnięcia, a następnie siekamy nożem. Pamiętajcie, żeby nie posiekać ich zbyt drobno!
2. Na garnku z niewielką ilością wrzącej wody ustawiamy miskę (nie plastikową!!!), wrzucamy masło i czekoladę i czekamy aż wszystko ładnie się roztopi, co jakiś czas mieszając, a następnie przelewamy do większej miski, dodajemy cukier, mieszamy i pozostawiamy do ostygnięcia.
3. Jajka rozbijamy widelcem i dodajemy powoli do przestudzonej czekolady, ciągle mieszając.
4. Do masy czekoladowej przesiewamy mąkę z kakao, dodajemy orzechy i mieszamy. Na koniec dodajemy borówki i mieszamy jeszcze raz, tym razem wyjątkowo delikatnie, by ich nie uszkodzić.
5. Prostokątną blaszkę wykładamy papierem do pieczenia, wykładamy masę, wyrównujemy i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy 20 - 25 minut.

Przed podaniem pozostawiamy nasze brownie do całkowitego ostygnięcia.

Kroimy w kwadraty i zajadamy!

Smacznego!

czwartek, 17 lipca 2014

blondie z porzeczkami



Blondie to bardzo bliska kuzynka amerykańskiego brownie. Podobnie jak ona składa się właściwie głównie z czekolady, dużej ilości jajek, masła i stosunkowo niewielkiej ilości mąki. Tak jak jej "ciemna" kuzynka jest ciężka i lepka i nie rośnie ani o milimetr. Jednak blondie jest słodsza. Dlatego, gdy brownie świetnie komponuje się z orzechami, blondie potrzebuje bardziej orzeźwiających dodatków. I tu na prowadzenie wysunęły się porzeczki - o tej porze roku najlepsze, jędrne i lekko kwaskowate. Świetnie współgrają z bardzo słodką białą czekoladą.

Blondie, tak jak brownie, przygotowuje się błyskawicznie i w takim samym tempie już upieczona znika z talerza!


Składniki:
  • 300 g białej czekolady
  • 175 g masła
  • 300 g cukru
  • 4 duże jajka
  • 225 g mąki pszennej
  • około 200 g porzeczek (ja wykorzystałam, białe, czerwone i czarne, ale możecie wybrać tylko jeden kolor)

Przygotowanie:

1. Piekarnik rozgrzewamy do 200 st. C bez termoobiegu.
2. Masło roztapiamy w kąpieli wodnej (miseczkę, nie plastikową! ustawiamy na garnuszku z odrobiną gotującej się wody. Ważne, by wrzątek nie dotykał dna miski). Gdy masło się roztopi, dodajemy połamaną czekoladę i ciągle mieszając, czekamy aż się całkiem roztopi. Czekoladę z masłem zdejmujemy z garnka z wrzątkiem i odstawiamy do lekkiego przestygnięcia.
3. Gdy masa lekko przestygnie, miksujemy jajka z cukrem na puszystą, prawie białą masę.
4. Do masy jajecznej dodajemy, powoli, porcjami masę czekoladową, ciągle miksując. Na koniec dodajemy przesianą mąkę i szybko mieszamy.
5. Gdy ciasto jest już gładkie, dodajemy porzeczki i teraz już łyżką mieszamy delikatnie, by nie uszkodzić porzeczek.
6. Blachę (prostokątną) wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy ciasto. Jest gęste, pewnie będziecie potrzebowali łyżki, by ciasto wygładzić do boków blaszki.
7. Blondie pieczemy około 20 - 25 minut. Po dotknięciu palcem (uwaga, gorące!) powinno stawiać opór.

Blondie wyjmujemy delikatnie z blachy na kratkę i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia.

Kroimy na nieduże kawałki, blondie jest słodkie i naprawdę trudno zjeść dużą ilość na raz!

Smacznego!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...