Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smarowidła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smarowidła. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 czerwca 2018

pasta z bobu na kanapki




Sezon na bób w pełni. ostatnio pisałam wam trochę o tym, jak bardzo jest zdrowy, bo o tym, że pyszny, chyba pisać nie muszę. Bób świetnie smakuje po prostu gotowany w koprze z solą, ale także bardzo dobrze sprawdza się w formie pasty. Jej przygotowanie jest banalnie proste, świetnie się przechowuje (do dwóch dni w lodówce), a dodatek świeżego koperku i soku z cytryny jest naprawdę orzeźwiające. Szczególnie, gdy na dworze prawie 35 st. C, albo gdy nie możecie już patrzeć na kanapki z serem lub szynką.

PS. Moja ciocia ostatnio opowiedziała mi o daniu z bobem, który jadła w Neapolu - o makaronie z bobem i kwiatami cukinii. Nawet chciałam coś podobnego przygotować, ale niestety kupienie kwiatów cukinii we Wrocławiu właściwie graniczny z cudem. Znalazłam kwiaty w sieci hurtowni na M, ale 8 zł za jeden kwiat to była lekka przesada.


Składniki:
  • 0,5 kg bobu (opcjonalnie mrożony też wchodzi w grę)
  • pęczek świeżego kopru
  • 1 nieduży ząbek czosnku
  • łyżka oliwy z oliwek najlepszej jakości
  • sok z cytryny (do smaku)
  • sól i świeżo mielony pieprz

Przygotowanie: 

1. Bób gotujemy do miękkości (około 10 minut od zagotowania) w osolonej wodzie z dodatkiem 1/2 pęczka koperku. Ugotowany odcedzamy i przelewamy bardzo zimną wodą. Po pierwsze szybko schłodzimy bób, po drugie - zachowamy jego piękny, zielony kolor.

2. Przestudzony bób obieramy z łupinek i wrzucamy do misy blendera. Dodajemy lekko przesiekany koperek i ząbek czosnku, przekrojony na kilka części.

3. Do bobu wlewamy oliwę i blendujemy na gładką pastę. Doprawiamy sokiem z cytryny, solą i pieprzem i miksujemy jeszcze chwilę.

Gotowe!

Pastę podajemy w formie hummusu np. ze świeżymi marchewkami lub na chrupiących tostach. Jak wolicie.

Smacznego!

środa, 10 stycznia 2018

hummus idealny



Dokładnie rok temu, kiedy w Polsce temperatura osiągała -18 st. C, przyleciałam do Tel Avivu. Był piątek po południu, właśnie rozpoczął się szabas. Wszystkie żydowskie sklepy i restauracje pozamykane na trzy kłódki, w oknach pogaszone światła, na ulicach już ciemno i prawie pusto. My głodni, spragnieni, nie znający miasta. Szliśmy kilkanaście minut, w pewnym momencie już naprawdę załamani, do czasu aż zobaczyliśmy światło bijące z małego lokalu na końcu ulicy. 

Bar, jakich w Polsce już chyba nie znajdziemy, trochę obskurny, na stołach obdarte ceraty, za ladą Arab. Głodni, właściwie bez wyboru, zamówiliśmy to, co było. Falafele w picie i hummus. Po około 10 minutach właściciel wszystko przyniósł. Było to chyba jedno z największych zaskoczeń kulinarnych, jakie w życiu przeżyłam i po raz kolejny doświadczenie z cyklu "nie oceniaj książki po okładce". Chrupiące z zewnątrz, mięciutkie w środku falafele, przygotowywane ręcznie przez mamę właściciela, która cały czas zerkała przez kotarę, czy wszystko w porządku i czy nam smakuje. Hummus gładki i świetnie doprawiony, chyba najlepszy jaki w życiu jadłam, do tego gorące pity. 

Jedyne, czego nam brakowało, to butelki białego wina, by uczcić przyjazd do tego odległego kulturowo kraju i krótkie wakacje. Gdy zapytaliśmy właściciela, czy nie wie, gdzie możemy napić się o tej porze wina, krótko odpowiedział, że wie. W jednej sekundzie poinstruował w swoim języku mamę, mama wybiegła  w kapciach z kuchni, przeszła na drugą stronę ulicy i coś krzyknęła. Po trzech, może czterech minutach ze sklepu naprzeciwko wybiegł, jak się później okazało, brat naszego gospodarza, z butelką białego izraelskiego wina w jednej ręce i korkociągiem w drugiej. Okazało się, że brat prowadzi po drugiej stronie ulicy sklep z alkoholem! W tym maleńkim barze spędziliśmy cały wieczór, rozmawiając z właścicielem, jego bratem, kilkoma kolegami, którzy się zeszli nie wiadomo skąd, z mamą na migi. Nie wiem, ile wypiliśmy wina i ile hummusu zjedliśmy, ale wiem na pewno, że był to jeden z najciekawszych wieczorów, jakie spędziliśmy w Izraelu. 

Do Muhhamada, jego mamy i brata wracaliśmy jeszcze kilka razy, też dlatego, jak się później okazało, bar położony był zaledwie kilka minut od naszego hotelu, a pierwszego dnia po prostu zrobiliśmy wielkie koło.

Ostatniego dnia Muhhamad zdradził mi, jak robi swój hummus, chociaż jestem przekonana, że nie powiedział mi wszystkiego, bo w domu trochę się nakombinowałam, by zrobić hummus idealny. Jaki powinien być według mnie hummus idealny? Gładki, z wyczuwalnym smakiem tahiny, cytryny i czosnku, ale nie za mocno. Nie powinien być zbyt gęsty, polany odrobiną świetnej jakości oliwy z oliwek, posypany natką pietruszki.

Żeby przygotować hummus idealny używamy suszonej ciecierzycy. Tylko dzięki temu będzie idealnie kremowy. Nie oszukujmy się, czasem nie mamy czasu na moczenie ciecierzycy i późniejsze gotowanie. Zdarza mi się, że znajomi wpadają ot tak i nie mam na to czasu, wtedy właśnie wykorzystuję ciecierzycę z puszki. Trudno, jakoś trzeba sobie radzić. Poniżej zaprezentuję wam przepis na hummus z suchej ciecierzycy, ale jeśli pominiecie proces jej gotowania, i tę z puszki przygotujecie z resztą dodatków, też będzie super!


Potrzebujemy:
  • szklanka suchej ciecierzycy (2 puszki ciecierzycy,  odsączone z zalewy)
  • około 1/4 szklanki pasty tahini (lub więcej, jeśli wolicie bardziej sezamowy hummus)
  • sok z 1/2 cytryny (lub więcej do smaku)
  • 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę (moim zdaniem tyle wystarczy, ale pamiętajcie, że gotujecie dla siebie, więc jeśli macie ochotę dołóżcie więcej)
  • sól
  • posiekana natka pietruszki
  • oliwa z oliwek
  • mielona słodka papryka
  • zimna woda (około 1/2 - 1/3 szklanki)

Przygotowanie:

1. Dzień przed przygotowywaniem hummusu, suchą ciecierzycę zalewamy zimną wodą. Wody powinno być co najmniej dwa razy więcej niż ciecierzycy. Pozostawiamy na noc.

2. Następnego dnia ciecierzycę odsączamy, przekładamy do garnka i zalewamy dużą ilością zimnej wody. Gotujemy do miękkości około godzinę.

3. Odsączoną na sitku i przestudzoną ciecierzycę (albo z puszki) blendujemy z pastą tahini, sokiem z cytryny, czosnkiem i odrobiną soli. 

4. Gdy składniki zaczną się łączyć, dolewamy powoli, partiami zimną wodę. Dzięki temu hummus będzie jeszcze bardziej gładki i o lepszej konsystencji. Ucieramy do czasu, aż składniki zamienią się w aksamitną pastę. 

5. Na koniec doprawiamy jeszcze ewentualnie solą lub sokiem z cytryny.

Gotowy hummus podajemy, najlepiej tak jak wszędzie w Izraelu rozsmarowany na płaskim talerzu, posypany słodką papryką, skropiony dobrą oliwą, z natką pietruszki. 

Świetnie smakuje z chlebem, a jeszcze lepiej z oryginalnymi chlebkami pita, których przygotowanie jest banalnie proste, na które przepis znajdziecie tutaj.

Gotowy hummus można przechowywać szczelnie zamknięty przez kilka dni w lodówce.

Smacznego!

środa, 11 marca 2015

wegański "majonez" z awokado



Kocham tradycyjny majonez! Ponieważ jednak jest cholernie niezdrowy i potwornie kaloryczny staram się go nie jeść. Alternatywą dla klasycznego sosu z żółtek, musztardy i oleju jest "majonez" z awokado. Przepis na takie cudo odnalazłam na blogu foodpornveganstyle.blogspot.com. Taki "majonez" z awokado jest nie tylko smaczny, ale także - w przeciwieństwie do tradycyjnego - obniża cholesterol i dostarcza organizmowi mnóstwa zdrowych tłuszczów, niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania.

PS. Frytki z klasycznym majonezem, w belgijskim stylu, to moja słabość. Keczup niech się przy majonezie schowa. Nie wiem, jak smakują frytki z "majonezem" z awokado, ale ponieważ postanowiłam odżywiać się zdrowo, z tradycyjnych, tłustych i pysznych frytek rezygnuję. Ale może spróbuję upiec w piekarniku frytki z batatów i podać je z sosem z awokado. Myślę, że to może zagrać! Jak tylko wypróbuję takiego przekrętu, na pewno wam o tym powiem!


Składniki:
  • miąższ z dwóch dojrzałych awokado
  • 2 łyżeczki musztardy "dijon"
  • duża szczypta soli
  • 2 łyżeczki soku z cytryny
  • 2 łyżki oliwy z oliwek

Przygotowanie:

Wszystkie składniki na "majonez" blendujemy na gładko i gotowe!

Uwaga! Sos możemy przechowywać w lodówce 2 - 3 dni, jednak lepiej przygotować mniejszą ilość, taką, którą zjemy natychmiast, ponieważ sos - mimo sporej ilości soku z cytryny - ciemnieje i wygląda niespecjalnie apetycznie.

Smacznego!

poniedziałek, 9 września 2013

grzanki z orzeźwiającą pastą z zielonego groszku



Zielony groszek, przez niektórych kochany, przez niektórych znienawidzony, w nowej odsłonie! Świeża, orzeźwiająca pasta jest idealnym dodatkiem do gorących pachnących czosnkiem grzanek i może być rewelacyjnym pomysłem na lekki lunch w ostatnie, ciepłe dni tego lata. Orzeźwiający smak mięty, kwaśny smak cytryny i słodki smak świeżego groszku - to jest to! Spróbujcie i zobaczcie, o co tu chodzi! 



Potrzebujemy: 
  • 1 opakowanie mrożonego zielonego groszku (przed przygotowaniem groszek należy rozmrozić) 
  • garść listków świeżej mięty
  • sól i świeżo mielony pieprz 
  • oliwa extra virgine
  • 50 g drobno startego świeżego sera pecorino 
  • sok z jednej cytryny
  • 4 kromki pieczywa
  • 1 ząbek czosnku, w łupince, przekrojony na pół 
  • 1 duża kulka mozzarelli


Przygotowanie: 


1. Rozmrożony zielony groszek wrzucamy do miksera (można użyć moździerza - też będzie super). Miksujemy całość partiami aż do uzyskania jednolitego puree.

2. Dodajemy liście mięty, szczyptę soli (pamiętajmy, że dodamy później słony ser pecorino) i dalej miksujemy.

3. Całą gęstą zieloną pastę przekładamy do miseczki. Dodajemy pecorino i kilka łyżek oliwy (dzięki niej pastę łatwiej rozsmarować).

4. Następnie dodajemy sok z cytryny. Ja wlewam około 2/3 wyciśniętego soku z cytryny. 

5. Całość dokładnie mieszamy. Jeśli pasta jest za gęsta, dodajemy jeszcze kilka kropel oliwy. 

6. Pod koniec doprawiamy pastę świeżo zmielonym pieprzem i, jeśli jest taka potrzeba, jeszcze odrobiną soli. 

7. Opiekamy chleb z obu stron na grillu lub na żeberkowanej patelni. Obie strony grzanek przeciągamy dwa razy przekrojonym ząbkiem czosnku. 

8. Na koniec na gorącą, czosnkową grzankę nakładamy pastę z groszku, a na wierzchu kładziemy duży plaster mozzarelli. Gotowe!



Smacznego! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...