Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie do końca o gotowaniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie do końca o gotowaniu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

W ostatnią sobotę otrzymałam na facebooku wiadomość. Tylko link do jakiejś facebookowej strony, nic więcej. Weszłam. Pierwsze wrażenie - blog kulinarny. Drugie - zdjęcie wykonane przeze mnie! Pod czyimś "przepisem". Nie ukrywam, wkurzyłam się. 

Jakiś czas temu słuchałam wypowiedzi Wojciecha Modesta Amaro o tym, że blogerzy kulinarni głównie kopiują zdjęcia, przepisy z internetu i się pod nimi podpisują. Wtedy trochę mnie to zbulwersowało, dzisiaj podejrzewam, że w wielu przypadkach tak właśnie to wygląda i miał trochę racji.

Napisałam do szanownej pani, która postanowiła wykorzystać nieswoje zdjęcie, dość soczystą wiadomość. Nie odpowiedziała, nie miała odwagi. Ciekawe, że ktoś ma odwagę ukraść czyjeś zdjęcie, ale nie ma odwagi, by powiedzieć "sorry, przepraszam, nie chciało mi się gotować!". Post szybko zniknął, a ja zostałam zablokowana i nie mogłam już nic więcej do szanownej pani napisać. 

Jednak ja, jako osoba całkiem dociekliwa, postanowiłam przejrzeć pozostałe posty szanownej pani. Większa część zdjęć pod jej przepisami wygląda na wykonane przez profesjonalistów. Na chybił trafił wybrałam jedno ze zdjęć, padło na "rurki z kremem". Wpisałam dokładnie takie hasło w google i  to oto zdjęcie pojawiło się jako jedno z pierwszych. Autorem zdjęcia jest zupełnie ktoś inny. Napisałam do autorki, by również powalczyła o swoje prawa. Myślę, że gdyby ktoś miał więcej czasu i gdyby przejrzeć wszystkie zdjęcia szanownej pani, okazałoby się, że większość zdjęć, jeśli nie wszystkie, nie są jej autorstwa.

Zastanawia mnie, po jakiego diabła ktoś prowadzi taką "działalność"? Kradnie czyjeś zdjęcia, przepisy pewnie przepisuje. Po co? Ja wiem, dlaczego prowadzę bloga. Uwielbiam gotować. Wszystkie potrawy, które znajdziecie na szyszkin-ciagle-pichci.blogspot.com przygotowałam samodzielnie. Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. 

Dlatego nie rozumiem postępowania szanownej pani. Po prostu nie mieści mi się to w głowie. Może Wy, Drodzy Czytelnicy, coś z tego rozumiecie? Jeśli tak, pozostawcie komentarz pod postem. Chętnie także zrozumiem.

Pozdrawiam,
Szyszkin
XOXO

wtorek, 25 listopada 2014

pomagam, a Ty?!

Jestem córką weterynarzy. Takich z pasją. Od zawsze w moim domu były psy. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie, w tajemnicy przed wszystkimi, jako dziecko byłam szczęśliwą posiadaczką niezliczonej ilości kotów, którym oddawałam kieszonkowe w postaci whiskas'ów i które bezskutecznie ukrywałam przed rodzicami i psami w piwnicy. Raz znalazłam zająca, którego potrącił samochód. Po długim leczeniu i wielu zapewnieniach, że poświęcę mu się bezgranicznie i wychowam jak psa (miałam wtedy z 7 lat), mimo rozpaczy odwiozłam biedaka do wrocławskiego zoo. Będąc niewiele starszą przyniosłam na rękach do domu młodego lisa, myśląc, że to zabłąkana psina. Takich historii było wiele.

Teraz, kiedy jestem starsza i wyjechałam z domu rodzinnego, staram się pomagać w inny sposób.

Jakiś czas temu poczułam, że jestem gotowa, by adoptować psa. By poświęcić się absolutnie jednej małej istocie. I tak, prawie trzy lata temu pojawiła się Pepa.








Rok temu zaginęła. Nigdy nie zapomnę tego poświęcenia, czasem zupełnie obcych ludzi, by Pepę odnaleźć. Kilku osobom będę dozgonnie wdzięczna. Mojej białej kruszynki nie udało się znaleźć, ale mam nadzieję, że jakiś  dobry człowiek dał jej dom. A ja obiecałam sobie wtedy, że będę pomagać bezbronnym i bezdomnym zwierzętom, jak tylko będę mogła.







Stąd też na blogu pojawiła się nowa ikona (znajdziecie ją po prawej stronie). Jednym kliknięciem dziennie pomagamy. Dla nas to tak niewiele, a bezdomnym zwierzakom wspólnie możemy uratować życie. Klikajcie, nie bądźcie obojętni!



Zbliżają się święta, może ktoś chciałby podarować bliskim super kalendarz?! Ja już swój mam!





No i ostatnia prośba przed zbliżającą się zimą. Psiaki w schroniskach i domach tymczasowych potrzebują (oczywiście oprócz karmy) ogromnej ilości koców. Ja swoją paczkę już przekazałam, przekaż i TY!

Acha, jeszcze jedno. Pepy nikt nie zastąpi, ale trzeba żyć dalej i ratować kolejne istnienia.

Więc pojawił się on. Mix jamnika o bardzo dziwnej posturze. Pies bez historii. Od roku historię tworzymy razem. Friends forever.



środa, 11 czerwca 2014

moje krótkie hiszpańskie wakacje

Nie będę ukrywać - uważam, że twórca tanich linii lotniczych zasługuje na nagrodę. Tak bardzo przystępne, tanie bilety rekompensują mi totalny brak komfortu podróży. Niewygodne fotele, brak miejsca na nogi, tłum ludzi w samolocie to nic w porównaniu z naprawdę niskimi kosztami podróży.

Kilka dni temu wróciłam z krótkich wakacji. Hiszpańska Majorka, kiedyś nazywana hiszpańskim rajem, dzisiaj nie zachwyca. Przynajmniej mnie. Hotele z lat 80-tych, ogólny nieład, tłumy angielskich, rozwrzeszczanych turystów. Jednak nie narzekam. 3 dni wolnego, wspaniałe plaże, ciepłe morze, zimne piwo i super towarzystwo. Mnie wystarczyło, by doładować akumulatory i z nową energią wrócić do domu.


piątek, 25 kwietnia 2014



"Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy
- Może pan się o mnie oprze Pan tak więdnie panie koprze.
- Cóż się dziwić, mój szczypiorku leżę tutaj już od wtorku...
Rzecze na to kalarepa:
- Spójrz na rzepę, ta jest krzepka.
Groch po brzuszku rzepę klepię:
- Jak tam rzepką? Coraz lepiej.
- Dzięki, dzięki panie grochu, jakoś żyje się po trochu.
Lecz pietruszka - z tą jest gorzej, blada, chuda, spać nie może.
- A to feler - westchnął seler.
Burak stroni od cebuli, a cebula doń się czuli.
- Mój buraczku, mój czerwony, czy byś nie chciał takiej żony?
Burak tylko nos zatyka
- Niech no pani prędzej zmyka, ja chcę żonę mieć buraczą, bo przy Pani wszyscy płaczą.
- A to feler - jęknął seler.
Naraz słychać głos fasoli:
- Gdzie się pani tu gramoli?
- Nie bądź dla mnie taka wielka - odpowiada jej brukselka.
- Widzieliście jaka krewka - zaperzyła się marchewka.
- Niech rozsądzi nas kapusta,
- Co? Kapusta? Głowa pusta.
A kapusta rzecze smutnie.
- Moi drodzy, po co kłótnie, po co wasze spory głupie - wnet i tak
zginiemy w zupie.
- A to feler jęknął seler." 


Tym smakowitym, wiosennym wierszykiem Jana Brzechwy wstępujemy we wspaniały świat nowalijek.

Kocham Wrocław. To już naprawdę moje miasto, 10 lat zrobiło swoje. Jednak za każdym razem kiedy przyjeżdżam do Poznania, zachwycam się wspaniałymi ryneczkami, które znajdują się właściwie w każdej części miasta. I to właśnie wtedy odczuwam, jak bardzo brakuje mi tego we Wrocławiu. 

Będąc teraz w Poznaniu nie mogłam odmówić sobie przyjemności zrobienia zakupów na Rynku Jeżyckim. Moim łupem stały się góry młodych i najświeższych warzyw. Liście botwinki, młody kalafior, szparagi czy młode ziemniaki. Jak mogłam sobie tego odmówić?! W końcu jest wiosna i najlepsza pora na nowalijki! Niech żyje świeżość! Niech żyje WIOSNA!

środa, 9 kwietnia 2014

OK. Zdarzyła się katastrofa. Ponad tydzień temu skręciłam nogę. Szybka wizyta u ortopedy i jeszcze szybsza diagnoza - naderwane wiązadło. Pan doktor - wyjątkowo niesympatyczny i szorstki - zalecił leżenie. No ok, na tydzień byłam przygotowana. Usłyszałam jednak słowa, które w pierwszym momencie wbiły mnie w fotel - minimum 4 tygodnie rekonwalescencji (czyli L E Ż E N I A w łóżku!)!!! Dobra, teraz muszę się do czegoś przyznać. Wypadek zdarzył się w poniedziałek. A dokładnie dzień wcześniej marudziłam, jak bardzo potrzebuję urlopu, jak marzę o wakacjach. No tak - chciałam, to mam! Jaka ze mnie szczęściara :/ , moje marzenia się spełniają.

Dobra. Pierwszy tydzień spędziłam w towarzystwie mojego psa - leżąc, czytając (dzięki Bridget Jones, że wróciłaś!), nadrabiając zaległości serialowe i oglądając TVN24. Jednak minęło już 10 dni, przeczytałam 2 książki, seriale już mnie nudzą, na świecie dzieją się same tragedie, a w polskim Sejmie - komedie. Wracam do blogowania, chociaż do kuchni na razie "za daleko".

Przeglądając dysk, znalazłam zdjęcie powideł śliwkowych, które usmażyłam jesienią. O przepisie zapomniałam. Taka sytuacja. Postanowiłam nadrobić zaległości. Przepis na powidła znajdziecie na blogu jutro. 



środa, 6 listopada 2013

słów kilka o rogalach świętomarcińskich



Nie będę dzisiaj gotować. Opowiem wam za to o najsmaczniejszych rogalach na świecie, przy których francuskie croissanty mogą się schować. 

Nie przedstawię także przepisu na te rogale. Dlaczego? Powodów jest kilka. Po pierwsze, żeby zrobić najlepsze rogale, jakie jadłam, potrzeba nie lada kunsztu cukierniczego, którego jeszcze nie posiadłam. Po drugie wszystkie piekarnie i cukiernie, które produkują i sprzedają rogale, muszą posiadać certyfikat.

ROGALE ŚWIĘTOMARCIŃSKIE to wspaniałe połączenie ciasta półfrancuskiego, białego maku, rodzynek, suszonych fig lub daktyli, wanilii. Zero sztucznych aromatów.

Cała przyjemność jedzenia rogali świętomarcińskich (lub marcińskich, lub rogali św. Marcina), oprócz tego, że są niebiańsko pyszne, polega na tym, że można je kupić tylko w okresie około 11 listopada (oczywiście, zdarzają się cukiernie - wyjątki, które sprzedają rogale cały rok, ale to już nie to samo). Dzięki temu, że mamy tak mało czasu, by nasycić się tymi słodkimi rogalami, nie jesteśmy w stanie się nimi przesycić i z niecierpliwością czekamy na następny rok.

Historia wypieku rogali marcińskich łączy się z postacią św. Marcina, patrona Poznania, który był niezwykłym człowiekiem, a większość swego życia spędzał wśród wiernych, wizytując ich i wspierając. Legenda głosi, że  pewien cukiernik znalazł podkowę, którą zgubił koń św. Marcina, a następnie na jej kształt uformował ciasto, ozdobił je migdałami i upiekł. Tym samym doceniając dobroć św. Marcina rozdał smaczne rogale biednym.

Tradycja wypiekania rogali marcińskich przetrwała do dnia dzisiejszego. Zrobione z ciasta półfrancuskiego i przełożone masą makową królują w Poznaniu, gdzie tradycja wypieku rogali narodziła się 11 listopada 1891, kiedy to proboszcz parafii św. Marcina, Jan Lewicki, zaapelował do wiernych aby wzorem patrona zrobili coś dla biednych. Obecny na mszy jeden z cukiernik Józef Melzer, który pracował w pobliskiej cukierni, namówił swojego szefa, aby upiec rogale. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk, a biedni otrzymywali go za darmo. 

Aby cukiernia mogła używać nazwy “rogale świętomarcińskie” lub “rogale marcińskie” musi uzyskać certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, która powstała z inicjatywy Cechu Cukierników i Piekarzy w Poznaniu, Izby Rzemieślniczej i Urzędu Miasta Poznania. Od listopada 2003 rogale muszą spełniać następujące warunki: muszą być zrobione z ciasta półfrancuskiego, a nadzienie powinno zawierać: biały mak, wanilię, mielone daktyle lub figi, cukier, śmietanę, rodzynki, masło i skórkę pomarańczową, Tradycyjny rogal marciński musi ważyć ok. 250g.
Mieszkańcy Wielkopolski ukochali sobie rogale. Nie wyobrażają sobie bez nich Święta Wszystkich Świętych oraz Święta Niepodległości. Rocznie sprzedaje się w Wielkopolsce 2.500.000 sztuk rogali.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...